dla kobiet z wartościami

  • "Kochać drugiego ..

    ..człowieka oznacza wielką pracę nad sobą. " (Jan Twardowski)

  • „Daj każdemu dniu...

    ...szansę stania się najpiękniejszym w całym twoim życiu.”. (Mark Twain)

  • „Ona nie jest szczęśliwa...

    ... Szczęśliwa kobieta nie śmieje się tak głośno. Szczęśliwa kobieta śmieje się w środku. Jakby się świeciła. ” (Jacek Kaczmarski)

środa, stycznia 16, 2019

Ujął mnie za rękę

„Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im.
Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto zebrało się u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ Go znały.
Nad ranem, kiedy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: «Wszyscy Cię szukają». Lecz On rzekł do nich: «Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo po to wyszedłem».
I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy”
Mk 1, 29-39

Mam gorączkę. Trawi mnie brak wiary i poczucie, że to nie ma sensu. Są ludzie, którzy to zauważają i przyprowadzają do mnie Jezusa. I rzeczywiście On przychodzi, pochyla się nade mną i chwyta mnie za rękę, żebym wstała i chodziła.
 
Bóg ma władzę nad moją słabością, grzechem.


A może jestem sparaliżowana i nie mogę się poruszać? Nie jestem w stanie wrócić do życia o własnych siłach i trzeba mnie podprowadzić, albo nawet nieść. I znowu pojawiają się ludzie, którzy dźwigają mnie na noszach do Chrystusa. A On rzeczywiście uzdrawia.

Bóg ma władzę nad tym wszystkim co mnie ogranicza i nie pozwala żyć pełnią życia.


Rozglądam się i patrzę, kto w moim otoczeniu traci wiarę, kogo trzeba podtrzymać i przedstawić Ojcu w modlitwie.

Zachwyca mnie wspólnota Kościoła. To, że przez Chrzest Święty możemy żyć w komunii z Bogiem i między sobą. Nie jesteśmy sami na tym świecie, bo mamy więź z Jezusem, która prowadzi nas do prawdziwej relacji z drugim człowiekiem. I nawet jeśli dzisiaj moja wiara jest jakoś zagrożona, to mogę oprzeć się na wierze Kościoła i przetrwać.

Nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, kto się za mnie teraz modli, kto prosi za mną, przez kogo jestem dziś niesiona.

Są momenty, że odczuwam ogromną samotność. Wydaje mi się, że nie ma człowieka, który by dopomógł, zrozumiał. Ale stojąc pod krzyżem mam pewność, że jest tam też Maryja i cały Kościół Chrystusowy.





Jadwiga Wojtak

piątek, stycznia 11, 2019

"Co jeśli...", czyli jak odbić się od dna


Pewnie każda z was, tak jak ja, zmaga się codziennie z sytuacjami, które zdają się nas przerastać. Najgorsze jednak najczęściej wcale nie jest to, co się wydarza, ale to czego BOIMY SIĘ, że może się wydarzyć. Wyobraźnia, zwłaszcza ta nasza – kobieca, jest zadziwiająca, gdy chodzi o tworzenie sobie czarnych scenariuszy naszego życia. Tysiące myśli pojawia się w naszej głowie i wciąga nas jak wir, nie pozwalając nam oddychać pełną piersią i cieszyć się życiem.


Lęk jest normalną reakcją obronną w naszym życiu, która mobilizuje nas do działania w obliczu zagrożenia. Jednak blisko nas nieustannie czai się Kłamca, który chce zakłócić Boży pokój w naszych sercach i próbuje doprowadzić do sytuacji, w której lęk nas obezwładni i stanie się destrukcyjny dla nas samych.

Lęki, które nas opanowują, mogą przybierać różne formy. Najczęściej pojawiają się w naszej głowie spontaniczne myśli typu: "Co jeśli..."
"Co będzie, jeśli nie uda mi się skończyć projektu w terminie?"
"Co będzie, jeśli ktoś w moich bliskich będzie miał wypadek?"
"Co będzie, jeśli mąż mnie zostawi?" 
I tak dalej, w nieskończoność...

Czy jest na to jakieś lekarstwo?

Wydaje się, że najlepsze, co można zrobić, to

WEJŚĆ GŁĘBIEJ W SWÓJ LĘK I PRZEŚWIETLIĆ WĄTPLIWOŚCI PRAWDĄ


Słyszałam kiedyś, że gdy pływak wpadnie w centrum wiru, nie da rady się z niego wyrwać, jeśli będzie próbował utrzymać się na powierzchni. Jedyną możliwością ratunku jest pozwolenie na to, by wir wciągnął taką osobę aż na dno. Wtedy dopiero, odbijając się od dna, można się uratować.

Rys. Arkadiusz Gadaliński  Więcej: http://zdrowie.gazeta.pl/Zdrowie/56,107103,11927592,Nie_daj_sie_utopic_wodzie_.html

Podobnie jest w walce z lękiem.

Pierwsze sprawa → nie mogę wpaść w panikę z powodu jakiegoś niekonkretnego uczucia lęku. Kiedy się boję, oceniam naturę tego lęku, wchodzę w głąb, nie uciekam przed tym, co może mnie tam spotkać.

Warto zadać sobie pytanie, czego właściwie się boję i co wywołało we mnie takie odczucia. Kiedy sobie na to odpowiem, wiem czy mogę podjąć jakieś działanie w danej sytuacji, czy też nie mam wcale wpływu na to, co może się wydarzyć. W pierwszym przypadku im szybciej zidentyfikuję naturę lęku, tym szybciej będę mogła zadziałać, aby zapobiec temu, czego tak bardzo się boję.

Podobnie kiedy sprawa wywołująca we mnie lęk leży poza zasięgiem mojego działania. Nie mam wpływu na to jak zachowa się inna osoba, czy wydarzy się wypadek, ani na to jaka jutro będzie pogoda. Gdy w mojej głowie pojawia się pytanie „co jeśli..”, to rozwijam je, aby przekonać się, co może się wydarzyć i co to dla mnie oznacza. To schodzenie na dno. 
„Co jeśli wydarzy się to co najgorsze?”
„To będzie najtrudniejszy dzień w moim życiu.”

Pozostaje jeszcze jeden krok – odbić się od dna. Nawet jeśli wydarzy się to, co najgorsze, to jestem w stanie przez to przejść. BÓG MNIE PRZEZ TO PRZEPROWADZI. Bo Bóg jest także na dnie. Bo Bóg mówi, że nigdy mnie nie opuści ani nigdy o mnie nie zapomni. Bo Bóg jest skałą, na której mogę budować, aby nie zatopiły mnie wody.



Magdalena Parys
na podstawie: Steven Furtick, „Pokonać Kłamcę”

piątek, grudnia 21, 2018

Moja siła w…? rodzinie.

W poprzednim artykule pod nazwą „Kamień węgielny naszego życia” (ZOBACZ) podjęłam próbę usystematyzowania pewnych wiadomości, hierarchii dotyczących rodziny i jej funkcjonowania… Ale jak wspominałam, to nie wszystko, trzeba wejść w głąb tematu. W związku z tym wspomniany artykuł jest podwaliną do obecnego artykułu.
Piszę go na podstawie moich obserwacji, wartości, które doceniam, cennej literatury oraz nauki Kościoła katolickiego. Skąd zainteresowanie akurat takim tematem? Dostrzegam wiele rozpadów małżeństw, kryzysów, cierpienia dzieci wśród moich najbliższych i znajomych. 

Na pomoc przychodzi mi Słowo Boże:
„Wszyscy zaś wobec siebie wzajemnie przyobleczcie się w pokorę, Bóg bowiem pysznym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje. Upokórzcie się więc pod mocną ręką Boga, aby was wywyższył w stosownej chwili. Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was. Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć. Mocni w wierze przeciwstawcie się jemu! Wiecie, że te same cierpienia ponoszą wasi bracia na świecie. A Bóg wszelkiej łaski, Ten, który was powołał do wiecznej swojej chwały w Chrystusie, gdy trochę pocierpicie, sam was udoskonali, utwierdzi, umocni i ugruntuje. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen.”. (1 P 5, 5b-11)

Rodzina i związane z nią trudności, zagrożenia, słabości. Temat rozległy i kontrowersyjny. Rozległy – gdyż tak naprawdę o każdym punkcie można napisać osobny artykuł, więc pozwólcie, że tak naprawdę będzie to kwintesencja poszczególnych problemów. Dlaczego tak się dzieje i jak sobie z tym radzić. Kontrowersyjny – gdyż wzbudza dyskusję społeczeństwa i różnorodność opinii. 


Aborcja


Dotychczasowe prawo polskie zezwala na dokonanie aborcji (przerwanie ciąży) w trzech przypadkach:

1. gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej,

2. badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu,

3. zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego (np. kazirodztwo, gwałt).



Nagonka medialna na temat aborcji dużo mówi, starając się wypromować ją jako lepszy sposób na życie, SWOJE życie.. Świadomość społeczeństwa jest na wysokim poziomie. Dość popularne (jeśli tak to można nazwać) stały się „czarne protesty”, podczas których kobiety domagają się swoich praw i nie zgadzają się na ustawę o całkowitym zakazie aborcji. Czym kierują się kobiety, które czynnie angażują się w owe manifestacje?Stwierdzenia uczestniczek: „moja macica – mój wybór”, „nie chcę chorego dziecka”, „bo mam małe mieszkanie”.

Mam wrażenie, że problem tkwi głębiej, w wartościowaniu co jest dla mnie ważne, zgodne z dobrze uformowanym sumieniem. Dylemat moralny społeczeństwa tkwi w uznaniu od kiedy tak naprawdę mówimy o człowieku zamiast o embrionie, czy zapłodnieniu komórki jajowej przez plemnik.

Medycyna poszła do przodu w osiągnięciach naukowych i potrafi o wiele skuteczniej leczyć. Wspomnijmy o leczeniu chociażby prenatalnym. W czasach naszych rodziców bądź dziadków medycyna nie była tak rozwinięta i „selekcja” była naturalna. Silniejsze dzieci przeżywały, a słabsze umierały śmiercią naturalną.  Teraz chore dziecko ma zapewnioną większy zakres opieki medycznej, szeroko rozwiniętą rehabilitację. Wiele małżeństw zmagających się z niepłodnością, jest otwarte na adopcję dziecka. Jest to alternatywa dla matek, które z różnych osobistych względów nie są w stanie przyjąć kolejnego bądź chorego dziecka, które nosi w swoim łonie. 



In vitro



Spotkałam się w jednym z polskich miast (choć zapewne to nie jedyne miasto) z promowaniem przez prezydenta tegoż sposobu zapładniania. Z budżetu miasta finansowano projekt, szczycąc się, ilu to nowych mieszkańców miasta przyszło na świat.  Szkoda, że nie porusza się kwestii, ile nowych istnień pozostaje zamrożonych w probówkach i czekają tak naprawdę na nie wiadomo co. Polskie prawo zabrania utylizować nadmiernej ilości „embrionów”. 

Perspektywą dla małżeństw zmagających się z niepłodnością jest naprotechnologia bądź współpraca ze specjalistą w planowaniu ciąży. Ciekawe ilu z Was tak naprawdę wie, na czym polega naprotechnologia, w czym pomaga? Oczywiście na 1 miejscu w problemie niepłodności. A w czym jeszcze?


  • w bolesnych miesiączkach i zespołach napięcia przedmiesiączkowego,
  • w problemach hormonalnych,
  • w nieregularnych / nieprawidłowych krwawieniach,
  • w poronieniach nawykowych,
  • i innych…

Naprotechnologia mało znana, bo tak naprawdę niewiele o niej się słyszy. Polega ona na diagnozowaniu i terapii, która ma na celu monitorowanie, podtrzymywanie i ocenę zdrowia pacjentki. W przypadku zaburzeń zdrowotnych (ginekologicznych czy prokreacyjnych) – podjęcie odpowiedniego leczenia. Jak się leczy? Wykorzystując znane i dostępne metody leczenia farmakologicznego bądź chirurgicznego, a wszystko w zgodzie i we współpracy z układem rozrodczym kobiety.



Rozwód i rozpad rodzin



 „Wtedy przystąpili do Niego faryzeusze, chcąc Go wystawić na próbę, i zadali Mu pytanie: «Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?» On odpowiedział: «Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela». Odparli Mu: «Czemu więc Mojżesz polecił dać jej list rozwodowy i odprawić ją?». Odpowiedział im: «Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony; lecz od początku tak nie było. A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę - chyba w wypadku nierządu - a bierze inną, popełnia cudzołóstwo.I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo»”. (Mt 19, 3-9)

Niedogadywanie się? Zabieganie? Brak czasu dla siebie nawzajem, dla dzieci? Nie słuchanie się nawzajem i swoich potrzeb. To wszystko oddala nas od siebie, i nie tylko w małżeństwie. Telefony, łatwiejszy dostęp do internetu, samochody, zmechanizowanie pracy i życia, … . To miało nam ułatwić. Samowystarczalność i kreowanie bycia singlem? 

* * *
W ramach zakończenia, chciałabym podzielić się z Wami Słowem pochodzącym od samego Boga:



“O nic się już zbytnio nie troskajcie, 
ale w każdej sprawie wasze prośby 
przedstawiajcie Bogu w modlitwie 
i błaganiu z dziękczynieniem! 
A pokój Boży, który przewyższa wszelki umysł, 
będzie strzegł waszych serc 
i myśli w Chrystusie Jezusie.” 
(Flp 4, 6-7)

“Niech się nie trwoży serce wasze. 
Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie!” 
(J 14,1)

“Pan podtrzymuje wszystkich, którzy padają,
i podnosi wszystkich zgnębionych.” 
(Ps 145, 15)

“Cierpliwy do czasu dozna przykrości,
ale później radość dla niego zakwitnie.” 
(Syr 1, 23)

“Ufność, którą w Nim pokładamy, 
polega na przekonaniu, że wysłuchuje On 
wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą. 
A jeśli wiemy, że wysłuchuje wszystkich naszych próśb, 
pewni jesteśmy również posiadania tego, o cośmy Go prosili.”
(1 J 5, 14-15)


“Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, 
gdyż Jemu zależy na was.” 
(1 P 5, 7)


Karolina Wtorek



Korzystałam z:

1. www.instytut-rodziny.pl/naprotechnologia
2. art. 4a, Ustawa z dn. 7 I 1993 r. O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, www.prawo.sejm.gov.pl 
3. Biblia Tysiąclecia www.biblia.deon.pl/
4. www.stacja7.pl/wiara/7-cytatow-ktore-podnosza-na-duchu/
5. www.pixabay.com 


wtorek, grudnia 18, 2018

Rola kobiety w bibliotece szkolnej

Jak zapewne każdy z nas zauważył, bibliotekarzem w środowisku szkolnym jest najczęściej kobieta, od której zależy rozpoznanie i zaspokojenie oczekiwań osób wypożyczających książki.

Brak czasu, ze względu na szybki styl życia osób dorosłych, rosnące wymagania dotyczące kwalifikacji zawodowych oraz rozwój nauki i techniki sprawiają, że jej wsparcie przybiera coraz bardziej na znaczeniu. Dlatego też powinna posiadać odpowiednie cechy charakteru, ułatwiające codzienny kontakt z ludźmi i wytrwale promować czytelnictwo, przygotowując uczniów do dorosłego życia. 

Zamiłowanie młodego pokolenia do książek pokonuje w nich bariery lęku w zdobywaniu licznych umiejętności, poszerza wiedzę i wyrabia nawyk czytania.

Bibliotekarka musi jednak pamiętać, że uczniowie wymagają indywidualnego podejścia, biorąc pod uwagę ich różny poziom wykształcenia, inne zdolności i zainteresowania czy nawet trudne sytuacje rodzinne. Powinna także stwarzać uczniom możliwości zdobywania wysokich osiągnięć, poprzez rozmaite konkursy, poczynając od literackich, a kończąc na zajęciach manualnych. Daje to bibliotekarce możliwość poznawania i rozwijania rozmaitych talentów młodych ludzi.

Jako pedagog, wyczulony na potrzeby i oczekiwania swoich podopiecznych, oczekuje się od niej tworzenia miłej atmosfery, zaangażowania i udzielenia pomocy w zdobywaniu wiedzy. Bibliotekarka jest więc każdego dnia obciążona mnóstwem różnorodnych zadań. Ewidentnie kłóci się to z, niestety, silnym stereotypem powielanym głównie przez osoby, które od bibliotek trzymają się z dala, jakoby cała praca bibliotekarza miała się sprowadzać wyłącznie do podawania czytelnikom zamawianych książek.

Pełna entuzjazmu kobieta, wierząca w duże możliwości młodzieży z pewnością przyczyni się do tego, że nieprawdziwe i krzywdzące wyobrażenie na temat tego, czym się zajmują bibliotekarze szkolni, z czasem zupełnie straci swoją moc, a ich praca w końcu zacznie być przez wszystkich doceniana.



Elżbieta Maciołek



sobota, grudnia 15, 2018

Już niedługo jasełka...

Na pewno każdemu rodzicowi zależy na prawidłowym rozwoju jego dziecka. Jak uniknąć podstawowych błędów w wychowaniu, żeby nasze dziecko wzrastało szczęśliwe i z dobrym zapleczem wsparcia ze strony rodziców? Spróbujmy przyjrzeć się pewnym mitom, które panują w środowisku rodziców.

Pierwszy z nich brzmi:

 "Już niedługo jasełka. Moje dziecko musi zostać gwiazdą!"

To nieprawda. Twoje dziecko nie musi brać udziału w przedstawieniach.

Twoje dziecko nie potrzebuje być gwiazdą na estradzie. Nie wszystkie dzieci chcą występować, dlatego pozwólmy im na to, jeśli nie czują się gotowe. Nie namawiaj przesadnie dziecka do odgrywania ról na scenie. A na pewno nie wywieraj na nim presji emocjonalnej stosując następujące zwroty: „Mamusi będzie smutno”, „To w takim razie nie będziesz mógł grać na tablecie”, „Będzie fajnie! A po przedstawieniu kupię ci Kinder niespodziankę” czy  tym podobne wypowiedzi.


Nie wszystkie dzieci są gotowe do wystąpień przed publicznością, w szczególności dzieci najmłodsze, chodzi mi tu głównie o trzylatki, które czują się bezpieczniej w ramionach rodzica. Spójrzmy na to z perspektywy dziecka. Mały człowiek, który zaczyna zdobywać nowe doświadczenia w sferze społecznej, nagle napotyka trudność, której nie jest w stanie przeskoczyć, mam tu namyśli tremę przed widownią, której nie zna. I taka mała osóbka widząc nacisk otoczenia, jeszcze bardziej się zamyka, ponieważ czuje zagrożenie i to od najbliższych, którzy powinni dać mu poczucie bezpieczeństwa.
W tym momencie zostaje zachwiane bezpieczeństwo dziecka. Patrząc na piramidę potrzeb, którą opisał Abraham Maslow, to potrzeba bezpieczeństwa jest ważniejsza, niż potrzeba przynależności do grupy. Jeśli damy dziecku sposobność do poczucia zagrożenia, to możemy być pewni, że ten mały człowiek, gdy dorośnie może mieć trudność w podejmowaniu decyzji, gdyż będzie czuł się niepewnie w trudnych sytuacjach.

Kolejne zdarzenie może być następujące: w domu wystąpienie dziecka jest tematem numer jeden, o niczym innym się nie rozmawia tylko o tym, jak będzie dziecko ubrane, żeby na okrągło mówiło swoją rolę, albo śpiewało piosenki, które będą wykonywać. Dziecko w takiej sytuacji myśli, że jest to ogromnie ważne i robi wszystko, żeby rodzica nie zawieść. Ten mały człowiek zaczyna się bać, strach wkrada się w jego wnętrze i nie jest w stanie normalnie funkcjonować i cieszyć się pięknem, które go otacza. Nie chce rozczarować rodziców, dlatego swoje emocje „mrozi” i mogą one później być przyczyną frustracji. Pamiętajmy, że to tylko zabawa, a nie rozmowa o przyjęcie do pracy.

Rady:

1. Daj dziecku wybór.

2. Daj mu poczucie bezpieczeństwa.

3. Zmieniaj temat, jeśli często mówi się o występie w domu.

4. Podziel się z dzieckiem swoim doświadczeniem występu przed widownią i jak sobie z tym radziłaś.

5. Gdy dziecko zaczyna płakać podczas występu, zabierz go ze sceny i mocno przytul, aby wiedziało, że jest już bezpieczne! 



Teresa Nowacka
nauczyciel wychowania przedszkolnego

środa, grudnia 12, 2018

Jestem zmęczona, chcę odpocząć!

Raz po raz przychodzi moment, kiedy siły me opadają, a zniechęcenie ogarnia mnie całą. Jestem już zmęczona, chcę odpocząć. Męczy mnie moja praca, codzienne obowiązki, szereg spraw i problemów, które trzeba rozwiązać. Za dużo tego wszystkiego, za szybko to wszystko, a czasu za mało. Myślę, że coś jest nie tak.

I tak dzień za dniem staje się coraz większym ciężarem. To co robię, powoli traci sens i przestaje mnie już cieszyć. Jakaś taka pustka wewnętrzna mi towarzyszy.
Może gdzieś wyjadę odpocząć, poszukam sobie jakiejś rozrywki. Ale to pomaga tylko na chwilę. I znowu to samo.
Wreszcie muszę stanąć w postawie bezradności i zawołać o pomoc. Bóg przychodzi mi na ratunek.


„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.” 

Mt 11, 28-30



To Słowo jest dla mnie! Jestem utrudzona i obciążona życiem. A Pan Bóg składa obietnicę, że mnie pokrzepi, da ukojenie. Ale czy to prawda? Czy wierzyć temu? Jezus mówi, żeby przyjść do Niego, a On sam zaspokoi. Dlaczego więc nie spróbować? Dlaczego pozbawiać się tego, za czym dusza moja tak bardzo tęskni. A tęskni za Bogiem. Bo On jest moim Stwórcą i może mnie nasycić.

Chcę zwrócić się ku Bogu. Chcę wziąć na siebie Jego jarzmo, czyli wejść w posłuszeństwo.
Czy nie jest tak, że żyję po swojemu? Nie słucham Boga, który daje mi konkretną misję do spełnienia. Cała sztuka polega na tym, aby być posłusznym Słowu i dać się Bogu „zaprzęgnąć”, a wtedy okaże się, że to moje jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie.


Tak, chcę odpocząć w spełnianiu Woli Bożej. Innego odpoczynku nie znajdę.

Staję do modlitwy, karmię się Ewangelią, trwam na adoracji, żyję Eucharystią, słucham co mówi Bóg. Czas już zejść z drogi egoizmu, życia według własnej myśli i dla siebie tylko, a wejść na drogę Pańską, bo idąc po niej odnajdę wytchnienie.

Ale skoro tak bardzo oddaliłam się od mojego Boga, złamałam swoje jarzmo, zerwałam z nim więź i mówiłam: „Nie będę służyć”, to czy teraz godna jestem stanąć przed Jego obliczem?
Tak, bo On jest wierny i cały czas zaprasza do spotkania ze sobą: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy…” Mt 11. 28



Jadwiga Wojtak

poniedziałek, grudnia 10, 2018

Domowa fabryka piękna


Maszyna do szycia, czyli ciąg dalszy instruktarzu...


Wybrałyśmy już spódnicę, która potrzebuje przycięcia, odmierzyłyśmy, zaznaczyłyśmy i odcięłyśmy zbędny kawałek materiału. O tym wszystkim pisałam TUTAJTeraz kolejny ważny krok, który wymaga od nas odpowiedniego sprzętu. Potrzebna będzie nam maszyna do szycia! 

Moim zdaniem niezbędny gadżet w domu każdej rezolutnej, dobrze zorganizowanej i twórczej kobiety. Na początek proponuję wypożyczenie sprzętu - od mamy, babci, cioci-krawcowej lub znajomej, której pasją jest szycie, żeby sprawdzić czy nasz zapał do szycia nie jest słomiany i czy nie zniechęcimy się po kilku pierwszych porażkach... Żeby dojść do wprawy i zdobyć odpowiednią sprawność manualną potrzeba pewnych umiejętności, talentu, ale też wiele ćwiczeń, prób i błędów - po prostu praktyki!


Jeśli będziesz dość wytrwała i okaże się że rzeczywiście chcesz nauczyć się kilku prostych zabiegów krawieckich przydatnych w życiu kobiety - zachęcam cię do kupna własnej maszyny. 

Czym się kierować przy wyborze maszyny do szycia? Zapytałam o to moją konsultantkę - panią Renatę. Oto jej podpowiedzi:



1. Nie liczy się ładny wygląd maszyny, jej kolor, kształt - to częsty błąd przy takim hobbystycznym zakupie sprzętu, lepiej postawić na prostotę i funkcjonalność. 

2. Często model starszy, mniej modny, nowoczesny i ekstrawagancki jest prostszy w budowie, obsłudze i rzadziej się psuje. 

3. Ceny na runku są różne - zaczynają się już w okolicy 200 zł i sięgają do ponad 2000 zł - do pierwszych, prostych zabiegów krawieckich moim zdaniem wystarczy któryś z tańszych modeli.



4. Idąc do sklepu po maszynę - musisz wiedzieć czego potrzebujesz. Warto poszperać w internecie, przyjrzeć się budowie maszyny do szycia, proponowanym przez różne sklepy ofertom. Najpopularniejsze firmy to Łucznik, Singer, Janome... Na pewno znajdziesz coś dla siebie!

Oto przykładowe maszyny, które udało mi się znaleźć w sieci:




5. Nie zniechęcaj się - nie jest to aż tak skomplikowane jak się wydaje, najważniejsze żeby maszyna posiadała podstawowe funkcje: najważniejsze ściegi (prosty, zygzakowaty, kryty), których szerokość i długość można regulować, tzw. wolne ramię do obszywania np. nogawek spodni, możliwość szycia wstecz (potrzebna przy wykańczaniu pracy) itp.




6. Warto rozejrzeć się w okolicy - może uda się kupić używaną, niedrogą maszynę do szycia? Warto docenić wytrzymałość i doświadczenie starszych modeli, które dla początkujących pasjonatów naprawdę są wystarczające.

oprac. Karolina Kargol

środa, grudnia 05, 2018

Jaka jest Twoja chusta Weroniko?

W ostatnim czasie, gdy odprawiałam drogę krzyżową, przy stacji szóstej zaczęłam zastanawiać się, kim właściwie była Weronika, przecież nie ma o niej ani słowa w żadnej z Ewangelii, o co więc chodzi? Dlaczego Kościół umieścił ją w tak ważnym nabożeństwie? Zastanawiałyście się kiedyś nad tym?


Prawdziwy wizerunek

Ze znalezionych w sieci informacji dowiedziałam się, że św. Weronika była matroną jerozolimską żyjącą w I w. n.e., według podań była kobietą, która Chrystusowi niosącemu krzyż podała do otarcia chustę, w zamian na materiale odbiło się oblicze Jezusa, które do dziś czcimy jako chustę z Manoppello.

Jej imię Weronika to w tłumaczeniu greckim "vera eikon", czyli prawdziwy wizerunek, a zatem prawdopodobnie nie było to prawdziwe imię naszej bohaterki. Imię to przylgnęło do bezimiennej kobiety jako wyraz pobożności ludowej. Być może święta Weronika nigdy nie istniała, mówią o niej tylko apokryfy czyli pisma, które nie są uznane przez Kościół jako wiarygodne, a także czytamy o niej w pismach niemieckiej mistyczki bł. Katarzyny Emmerich. 

Legenda o św. Weronice po raz pierwszy pojawiła się w IV wieku i później rozwijała się do coraz to nowszych i „ciekawszych” szczegółów, m.in. że Weroniką była kobieta, którą Jezus uzdrowił z krwotoku, że przed tą chustą modliła się Matka Boża, że Weronika była towarzyszką życiową Zacheusza, itd. Niemniej była to kobieta, która kierowana współczuciem i wzruszeniem, odważyła się na szalony czyn podejścia do skazańca i otarcia Mu twarzy z krwi, potu i brudu. W zamian za okazane miłosierdzie otrzymała w nagrodę odbity na chuście wizerunek Jezusa. Ta scena dla nas słuchaczy jest wzruszająca, czego wyrazem jest wiele obrazów przedstawiających tę scenę. Najczęściej przedstawiali ją z rozpostartą w rękach chustą, na której widnieje oblicze Jezusa. Wielu artystów malowało ten temat, wśród nich wybitni przedstawicieli malarstwa El Greco i Bernardo Strozzo. 




We wszystkich tych dziełach artyści kontrastują oblicze Chrystusa, patrzące wprost na widza, z twarzą Weroniki, spoglądającą w niebo lub na chustę, tak jakby chciała uniknąć roli głównej bohaterki obrazu. Do dziś tłumy ludzi jeżdżą do Manoppello, aby zobaczyć ją na własne oczy. 

NO dobra, dobra... ale jak to się ma do mojego życia? Czego ma nauczyć mnie ta postać?

Kobieta, która zbliżyła się do Jezusa, aby ulżyć Mu w cierpieniu, mimo tłumu, żołnierzy... w zasadzie nie zrobiła nic wielkiego, jej czyn nie sprawił, że Jezus został uwolniony, czy przestał czuć ból. To był mały czyn, a jednak ważny, bo z miłości. Tyle nie zrobili nawet uczniowie, ani pobożne niewiasty, które za Nim chodziły. Pokazuje, że dla tego, kto kocha, nie ma rzeczy nie do zrobienia. Mogła tłumaczyć się, że żołnierze, że się nie da, że nie może się narażać, że jest tylko zwykłą kobietą, a mimo wielu możliwych wymówek znalazła sposób, aby pomóc bliźniemu w cierpieniu. Być może nie zrobiła tego ze względu na Jezusa, lecz robiła tak każdemu skazańcowi? Mogłoby tak być, że dopiero gdy zobaczyła odbicie na chuście zrozumiała, że był to ktoś wyjątkowy? Tego nie wiemy...

Każdy ma swoją chustę

Możemy się zastanawiać jaki sens miał jej czyn, przecież za chwile twarz Jezusa znów była brudna i pokrwawiona... a  jednak. Zrobiła coś więcej, dała Mu wsparcie psychiczne, pokazała że nie jest sam. Jak ważna to rzecz dla każdego, kto cierpi! Czasem nie trzeba robić nic, tylko towarzyszyć. Tylko tyle. Nie trzeba czynić cudów. Miłość jest największym cudem.  

Często właśnie zdolność do pomocy jest taką naszą chustą. Zamiast ją wykorzystać i wesprzeć kogoś obok nas, kalkulujemy: „co ja z tego będę miała, czy to nie za wiele będzie mnie kosztowało, czy się opłaca? nie muszę robić wszystkiego, całego świata i tak przecież nie zbawię.” I rezygnujemy w rezultacie często nie robiąc NIC. Boimy się ofiarować drugiemu człowiekowi, aby się za bardzo nie spalić, nie poparzyć, bo ktoś może odrzucił kiedyś naszą pomoc, to teraz już nie pomogę nikomu.



Spójrzmy na naszą świętą kobietę! Nie poddała się zbiorowej znieczulicy! Pomogła i otrzymała nagrodę: portret Zbawiciela. Za każdym razem, gdy „ocieramy twarz” bliźniemu, w naszym sercu odbija się twarz Jezusa, bo: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25,40). Czasami, owszem, wymaga to wysiłku, bo trzeba się do kogoś zbliżyć, schylić się nad czyimś cierpieniem, uklęknąć przed Nim, zamilknąć... do tego potrzebujemy odwagi Weroniki. 

Być może ktoś obok ciebie cierpi, może tego nie widzisz, może to cierpienie niewidoczne jak depresja czy odrzucenie społeczne, może ktoś już nie ma sił, aby wołać o pomoc, to jest twój dzień, twoja szansa, aby go dostrzec i pomóc, tak jak umiesz, może wystarczy byś była, nic więcej... Nawet najmniejsza pomoc może sprawić, że ten ktoś będzie miał siłę pójść dalej w stronę Golgoty, krzyża, ale i Zmartwychwstania. Na naszej drodze nie ma groźnych żołnierzy, wrogiego tłumu, jest tylko jakaś bariera, która każe schować chustę do kieszeni i przejść obok, mówiąc „to nie moja sprawa”. A przecież na końcu będziemy sądzeni z miłości... jaką chustę pokażę Jezusowi? Ładną, uprasowaną i NIEUŻYWANĄ czy "ucioraną" ludzkim cierpieniem i brudem, będąca świadectwem mojego życia? Która bardziej Mu się spodoba, jak myślisz? On nie chce jej ładnie poskładanej, ale takiej z odbitym wizerunkiem miłości, na której rozpozna Swoją twarz.


Tak jak Weronika nie bójmy się obecności krzyża i dawania siebie mimo zawsze niesprzyjających okoliczności. Tylko wtedy, gdy przekroczymy lęk na naszych sercach jak na chuście pojawi się oblicze Jezusa.



Karolina Zgryźniak

niedziela, grudnia 02, 2018

Oczekiwanie


Dzisiaj rozpoczyna się Adwent – czas oczekiwania na przyjście Jezusa. Co to znaczy? Czy mam czekać z założonymi rękami aż przyjdzie Chrystus na końcu świata? Co mogę zrobić, aby spodobać się Temu, który przyjdzie jako Oblubieniec?

Kiedy czekam na ważnych gości, chcę wszystko przygotować, aby dobrze ich przyjąć. Sprzątam mieszkanie, ładnie się ubieram, przygotowuję coś dobrego do jedzenia. Chcę zachwycić moich gości, wykazać się przed nimi.

Podobnie z oczekiwaniem na Jezusa – trzeba się dobrze przygotować do spotkania z Nim.

Co zatem mam robić? – To co do tej pory, tylko bardziej świadomie!

Kto z nas nie sprząta domu przed Świętami? Róbmy to więc z miłością, prosząc Pana, aby nadał naszej pracy wartość. Poprośmy też Ducha Świętego, żeby pomógł nam posprzątać w naszych duszach. Może warto zrobić porządny rachunek sumienia i pójść do spowiedzi?

Czy nie kupujemy w tym czasie prezentów dla naszych bliskich? A może w naszej rodzinie jest ktoś, kogo mamy dość, kto nas zranił, z kim ciągle się kłócimy? Spróbujmy się z nim pojednać, a to może okazać się najlepszym prezentem zarówno dla tej osoby jak i dla nas.

Już niedługo w naszych domach poczujemy cudowny zapach świątecznych pierników i innych wyjątkowych potraw. Zadbać o ciało, to istotna sprawa, ale zadbać o ducha – to równie ważne. Eucharystia jest pokarmem, który daje siły naszym duszom. Korzystajmy z tego daru jak najczęściej. W Adwencie pełne uroku i wymowy są Roraty, gdzie lampiony są symbolem małego światła w mojej duszy, które może zwyciężyć mrok, jeśli zaufa Odwiecznej Światłości.

Adwent to czas, który przeżywamy razem z Maryją, która oczekiwała na narodziny swojego Syna. Ona przygotowała się najlepiej na przyjście Jezusa. Prośmy Ją o pomoc i wstawiennictwo.

Przeczytałam ostatnio w książce o. Augustyna Pelanowskiego, że pierwszą rzeczą, którą zrobił Bóg, gdy zstąpił na ziemię, to oddał się Maryi – stał się dzieckiem w Jej łonie. Pierwszą rzeczą, którą my możemy zrobić na drodze wiary, to oddać się Jej. I to będzie pierwszy krok w naśladowaniu Chrystusa – tego, który zechciał być malutkim dzieckiem.


Może ten adwent przeżyjemy inaczej niż w poprzednich latach? Może jest on kolejną szansą daną nam przez Boga, aby odnaleźć pokornego Jezusa ukrytego na sianie naszej codzienności?




Magdalena Parys

czwartek, listopada 29, 2018

Prostytutka przykładem wiary? Rachab.

W dzisiejszym tekście chciałabym przedstawić pewną kobietę Starego Testamentu. Nie była to Izraelitka, chociaż na stałe zagościła wśród kobiet ważnych w historii zbawienia, jakiej Bóg dokonywał, wprowadzając Izraela do nowej ziemi.
Mam na myśli mieszkankę Jerycha, nierządnicę Rachab. Jest to jedna z bohaterek Księgi Jozuego, choć jest wspominana także w innych miejscach Biblii, jak choćby w Ewangelii św. Mateusza. Jest jedną z pięciu kobiet (!) wspomnianych w rodowodzie Jezusa. Jest także wspominana w Liście św. Jakuba i Liście do Hebrajczyków jako przykład wiary dla nas. 

Niezwykła opowieść

Główna historia zawarta w Księdze Jozuego, która przedstawia nam naszą bohaterkę, to opowieść o tym, jak zwiadowcy izraelscy szpiegują okolice, które mają być przez nich podbite, a zwłaszcza miasto Jerycho. Jednak wrogowie dowiadują się o ich pobycie w mieście. Ci szukając schronienia i spoczynku zatrzymują się u nierządnicy Rachab. W rezultacie gdy trwają poszukiwania Izraelitów Rachab okazuje się dla nich bardzo dobra, chroni ich na swoim dachu, a gdy oddala się niebezpieczeństwo, wypuszcza ich przez okno, „gdyż dom jej przylegał do muru miejskiego i jakby w murze mieszkała”.


Jednak nie myślmy, że robi to całkiem bezinteresownie. W zamian za swoje usługi i pomoc żąda od nich obietnicy, że gdy Izrael wkroczy do miasta, ona oraz jej rodzina zostaną ocaleni. Później rzeczywiście Jozue pamięta o obietnicy i nakazuje odnaleźć Rachab i wyprowadzić ją z miasta. I jak czytamy „Nierządnicę Rachab, dom jej ojca i wszystkich, którzy do niej należeli, pozostawił Jozue przy życiu. Zamieszkała ona wśród Izraela aż po dzień dzisiejszy.” W ten sposób ze zwykłej miejscowej prostytutki stała się bohaterką i pełnoprawną mieszkanką Izraela. 


Nierządnica, czy.. matka?

Dzięki temu, jak przeczytamy w rodowodzie Jezusa, była matką Booza, który później poślubił Rut, Moabitkę i spłodził Obeda, który był dziadkiem króla Dawida, czyli zajęła bardzo ważne miejsce w historii Izraela. Mało tego, czytając księgę Rut poznajemy Booza, możemy przez niego wywnioskować coś o naszej dzisiejszej bohaterce. Booz jawi się jako szlachetny, pracowity i bardzo dobry człowiek, który jest gotowy zrezygnować ze swoich planów i ambicji, po to by pomóc swoim krewniaczkom i jednocześnie swej ukochanej Rut. 

Można spytać skąd w Boozie taka gotowość do pomocy, ryzyka i w ogóle, kto go tego nauczył? A może w dzieciństwie słyszał o czynie swojej matki, która stała się dla niego wzorem postępowania. Sam był w połowie poganinem, a w połowie Żydem, czyli miał dużą wrażliwość na tzw. pogan mieszkających w Izraelu, może widział jak była przez Żydów traktowana jego matka – poganka i nierządnica. Mógł zachowywać się jak hipokryta i odrzucić Rut jako Moabitkę, jednak okazał się porządnym facetem. Pozwolę zaryzykować teorię, że jest to zasługą jego matki Rachab. Okazuje się nam ona jako kobieta spełniona, która odniosła sukces wychowawczy, o czym zapewne marzy każda mama.


Pogrążona w ciemności

Zauważmy też, gdzie poznajemy naszą bohaterkę. Z czym kojarzy nam się Jerycho? Miasto najniżej położone, największa depresja na globie ziemskim. Geograficznie, a może i mentalnie. Myślę, że nie przypadkowo autor Księgi Jozuego właśnie tam umieszcza naszą Kobietę. W miejscu pochłoniętym przez depresje, w które wkracza Bóg ze swoim planem zbawienia. 

To miasto dosłownie i w przenośni uosabia wszystkie trudne doświadczenia, które zamykają człowieka na Boga. Być może w takim stanie była Rachab, pełna depresji i poczucia zmarnowanego życia, bez męża, dzieci, jakiejś normalnej godziwej pracy. Poczucie wstydu i brudu, brak szacunku w społeczeństwie związany z jej profesją. 
Możemy wyobrażać sobie jak wyglądało jej wychodzenie z domu, gdy kobiety z wyższością, może drwiną patrzyły na nią, faceci, którzy patrzyli na nią jak na przedmiot, a nie osobę. Jak ci sami faceci, którzy bez problemu znajdowali drogę do jej mieszkania, odwracali wzrok na jej widok.
Mimo wszystko właśnie do niej Pan przez Jozuego posyła swoich zwiadowców, dla Boga  nie ma miejsc, które są już w takim dole, że tam się nie zagląda. Nie ma też dla Niego ludzi, których by się brzydził, mało tego jak już to było wspomniane, tą właśnie kobietę wybiera na rodzinę swojego Syna, Jezusa. 


Być może to my jesteśmy teraz w takim dole, może popełniamy grzechy, których się wstydzimy, odbieramy sobie wartość, a może już same siebie przekreśliłyśmy i poddałyśmy się poczuciu beznadziei i depresji.. 

Jest dla nas Dobra Nowina!

Bóg jeszcze z nas nie zrezygnował! On ma dla nas jeszcze wiele zadań, to wszystko co nas otacza, ta cała breja naszego życia nie odbiera nam możliwości aby kochać, jak Rachab, która choć była w ciężkim położeniu, uratowała życie innym ludziom.

W Liście do Hebrajczyków natchniony autor wspomina o niej jako o kobiecie mającej wiarę: „Przez wiarę nierządnica Rachab nie zginęła razem z niewierzącymi, bo przyjęła gościnnie wysłanych na zwiady.” ( Hbr 11,31 ) Święty Jakub w swoim liście to właśnie jej postawą argumentuje swoje przekonania o związku wiary z uczynkami. Czytamy przecież: „Podobnie też nierządnica Rachab, która przyjęła wysłanników i inną drogą odprawiła ich, czy nie dostąpiła usprawiedliwienia za swoje uczynki?” (Jk 2,25) 



Dlatego, kochane kobiety, gdziekolwiek jesteśmy w swoim życiu, to jeszcze nie koniec naszej historii, pamiętajmy, to tylko mała cząsteczka wobec wieczności. 



Karolina Zgryźniak